Przewlekły stres
Zmorą naszych czasów jest tak zwany stres przewlekły. Tempo życia prowadzi do sytuacji, gdzie stres nie przychodzi i odchodzi, ale jest z nami bez przerwy. Nie pozwala organizmowi odpocząć i powrócić do równowagi. Ten rodzaj stresu jest destrukcyjny. Powoduje wyczerpanie organizmu, osłabienie, trudności w koncentracji i racjonalnym myśleniu.
Z moich obserwacji wynika, że mamy nieodpartą skłonność do częstego używania słowa stres, narzekania na jego wszechobecność i na tym wszystko zazwyczaj się kończy. Zdajemy sobie sprawę, że stres jest nam potrzebny, że mobilizuje w odpowiednich chwilach organizm, przygotowuje do większej aktywności, wysiłku i walki. A jednak traktujemy to zjawisko w specyficzny sposób: akceptujemy jego istnienie, bo jest integralną częścią życia prywatnego i zawodowego, i często lekceważymy, nie zastanawiając się nad skutkami takiego postępowania.
Oczywiście, gdy zdarzają się sytuacje tak obciążające, że nie mamy wątpliwości, iż odbijają się na naszym zdrowiu, to rozumiemy wtedy potrzebę odpoczynku, odprężenia, relaksu, potrzebę wsparcia i pomocy. Ale co robimy na co dzień?
Od czasu do czasu, gdy kręgosłup szyjny już bardzo daje znać o sobie, idziemy na masaż. Zazwyczaj robimy tylko jeden lub dwa zabiegi, objawy pozornie ustępują, a my dalej borykamy się z życiem, wierząc w to, że na więcej relaksu nie mamy czasu.
Szczególnie osoby nastawione zadaniowo nie zauważają kosztów, jakie po drodze ponoszą i często ignorują sygnały jakie wysyła im ciało. Dopiero jak dzieje się coś poważnego przystają, często nie z własnej woli, ale dlatego, że traktowany do tej pory po macoszemu organizm wymógł ten „postój”. Przewlekły stres może prowadzić do wielu poważnych dolegliwości. Nie wolno ignorować tych sygnałów, bo organizm może zareagować bardzo ostro, np. zawałem lub wylewem.
Przykład:
Monika (27 lat) po skończeniu germanistyki przyjęła pracę asystentki prezesa dużej firmy z branży budowlanej. Zarówno ona, jak i jej przełożony po pierwszym, pełnym trudności okresie przystosowawczym, zgodnie stwierdzili, że Monika sprawdza się znakomicie na swoim stanowisku. Obdarzona niezbędną w tym zawodzie umiejętnością czynienia kilku rzeczy „naraz”, dużym zmysłem organizacyjnym i bardzo dobrymi umiejętnościami komunikacyjnymi, stała się osobą niezwykle cenioną w organizacji.
Oczywiście, nie wszystko szło „jak po maśle”, zdarzały się sytuacje niespodziewane, wymagające natychmiastowej interwencji, ale okazało się, że i z tym Monika radzi sobie znakomicie. Nie zdarzyło się nic spektakularnego, nic dramatycznego i nic nie zapowiadało, że może się wydarzyć, a jednak pewnej niedzieli Monikę dopadł dokuczliwy, stale nasilający się ból głowy. Zażyła środek przeciwbólowy, niestety bez efektu. Ponieważ ból stawał się nie do zniesienia, rodzina wezwała pogotowie. Okazało się, że Monika ma bardzo wysokie ciśnienie (220/110). Podano jej odpowiednie leki, zalecono obserwację, częste mierzenie ciśnienia i wróciła do pracy. Monika mierzyła ciśnienie, tak jak kazał lekarz, które po dwóch dniach już było normalne, chociaż nie przyjmowała leków. Wszystko było w normie. Tak przynajmniej wydawało się Monice, która zlekceważyła to pierwsze ostrzeżenie organizmu. Sytuacja zaczęła się jednak powtarzać, utrudniając normalne funkcjonowanie. Coraz częściej występowały dziwne, niedające się powiązać z niczym skoki ciśnienia, kłopoty z zasypianiem. Profesjonalizm Moniki nie pozwolił jej na to, aby praca ucierpiała przez jej dolegliwości. Uważała, że postępuje właściwie nie korzystając ze zwolnienia lekarskiego, urlopu, a także przychodząc do pracy w sobotę. Jednak któregoś dnia wezwano do pracy pogotowie, obezwładniający ból głowy sprawił, że Monika była prawie nieprzytomna. Tym razem skończyło się na hospitalizacji. Diagnoza była prosta i oczywista: przemęczenie, nawarstwienie drobnych, ale ciągłych i nieodreagowanych stresów spowodowało, że organizm się zbuntował.
Taka sytuacja jest nagminna nie tylko w zawodzie sekretarek i asystentek. Wszyscy popełniamy ten sam błąd: przeceniamy własne możliwości, nie mamy nawyku odpoczywania, zasłaniamy się brakiem czasu i nawałem obowiązków.
Mamy różne objawy:
l zaburzenia w odżywianiu (zbyt dużo jemy lub tracimy apetyt),
l dolegliwości układu pokarmowego (bóle brzucha, biegunki),
l trudności z oddychaniem (duszności),
l problemy krążeniowe (bóle w klatce piersiowej, skoki ciśnienia),
l problemy ze snem (budzimy się w nocy, wstajemy niewyspani),
l bóle głowy, mięśni, kręgosłupa,
l nagłe pogorszenie widzenia,
l obniżenie efektywności w pracy (zaburzenia koncentracji i pamięci),
l pogorszenie relacji z otoczeniem (drażliwość, niecierpliwość, wybuchy gniewu, wewnętrzny niepokój),
l lęki, zły nastrój (nawet depresja).
l zaburzenia wegetatywne (nadmierna potliwość czy drżenie rąk)
A przecież można uniknąć naprawdę poważnych powikłań zdrowotnych wyłącznie dzięki temu, że poświęcimy sobie nieco więcej uwagi. Musimy nauczyć się słuchać naszego ciała, ono wysyła nam sygnały. Zwykliśmy lekceważyć te drobne, powtarzające się stresy dnia codziennego, a przecież „kropla drąży skałę”.
Jak sobie radzić? Chociaż brzmi to stereotypowo, namawiam do tego, co nam służy, ale do czego trudno nam się zmobilizować:
l wysiłku fizycznego,
l wykorzystywania technik relaksacyjnych,
l spotkań z przyjaciółmi, rozmów, śmiechu,
l czasu dla siebie na kino, książkę, własne hobby,
l odpoczynku po pracy, w weekendy oraz urlopu
l planowania działań.
Jolanta Olszewska - psycholog społeczny, senior trener w firmie ARK Consulting oraz Akademii Asystentek i Sekretarek
Żródło: "Sekretariat" 5/2008
Szkolenia
Oferty pracy

